Judas Priest - Defenders Of The Faith

Polskie Forum Dyskusyjne
Teraz jest 29 cze 2017, o 14:26

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 676 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 29, 30, 31, 32, 33, 34  Następna strona

Jak myślicie będzie let`s go break that law Poland czy Kaaatowice?
Ankieta wygasła 11 sie 2011, o 12:01
Poland 95%  95%  [ 19 ]
Kaaatowice 5%  5%  [ 1 ]
Liczba głosów : 20
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostNapisane: 15 sie 2011, o 13:04 
Offline
Bloodsucker
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 maja 2009, o 16:57
Posty: 504
Lokalizacja: Garwolin
Pozostaje nam czekać na 'european second leg' w przyszłym roku. Może zagrają trasę po krajach nadbałtyckich typu Litwa,Estonia,może ponownie PL... Niemcy będą na bank,jeśli wrócą,a jest to raczej oczywiste. No i prawdopodobnie odświeżą set.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 15 sie 2011, o 17:11 
Offline
Metal God
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 gru 2005, o 23:36
Posty: 13293
Lokalizacja: (prawie) W-Wa
Tipton coś gadał, że mają grać na koniec na Bliskim Wschodzie a nie że Europa po raz drugi?

_________________
Groovy, baby !!!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 15 sie 2011, o 18:06 
Offline
Stained Class King
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 27 mar 2008, o 13:54
Posty: 5847
Niemożliwe, musi być Europa po raz drugi, nawet w 2008/2009 tak było - na początku 2009 grali znów w Europie przecież.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 15 sie 2011, o 19:37 
Offline
Heart Of A Lion
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 3 gru 2010, o 19:27
Posty: 1244
Lokalizacja: Pawłowice
Oby tak było. Jak do jakiegoś sąsiedniego kraju wpadną to jedziemy! Byle tylko to nie zbiegło się w czasie z maturami lub egzaminem. Chociaż w sumie dla zobaczenia JP warto by było to olać :p


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 15 sie 2011, o 19:40 
Offline
Johnny B.Goode
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2007, o 18:30
Posty: 2889
Lokalizacja: Łódź
to chyba krwa można by już mówić o mnie wieczny "student " xD

_________________
mroczne dźwięki słyszę
mroczne dźwięki rżną mą ciszę


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 17:14 
Offline
Don't Go

Dołączył(a): 16 sie 2011, o 16:58
Posty: 3
Siema, to mój 1 post;-). Priest muszą wrócić do Polski, nie ma innej opcji. A tak BTW orientuje się ktoś po ile ojro chodzą/chodziły bilety na koncerty w Niemczech?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 18:41 
Offline
Bloodsucker
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 22 kwi 2003, o 17:02
Posty: 570
Lokalizacja: Katowice
We wiedniu po 65 EUR. W Niemczech pewnie podobnie.

_________________
Let me see ya fuckin' cigarette's lighter


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 16 sie 2011, o 19:31 
Offline
Bloodsucker
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 maja 2009, o 16:57
Posty: 504
Lokalizacja: Garwolin
Zwykle w przedziale 50-70€. Ale najważniejsze że wspomnienia są bezcenne.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 22:37 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 cze 2004, o 12:46
Posty: 7933

_________________
some people never go crazy ... what truly boring lives they must lead


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 22:39 
Offline
Stained Class King
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 27 mar 2008, o 13:54
Posty: 5847
właśnie przed momentem oglądałem to, dobre


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 22:41 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 cze 2004, o 12:46
Posty: 7933
caly czas mam niedosyt i nawet nie wiem w ktora strone :o

_________________
some people never go crazy ... what truly boring lives they must lead


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 22:44 
Offline
Don't Go

Dołączył(a): 11 sie 2011, o 13:26
Posty: 18
Lokalizacja: Włocławek
Cześć wszystkim, to mój pierwszy post.
Koncert był niesamowity, już w czwartkową noc zabrałem się za spisywanie tego co pamiętam wspomagając się filmikami, których na youtube widniało coraz więcej. A że występ Priest zrobił na mnie takie wrażenie to przez całą noc naskrobałem dość nieobiektywną sekwencję "ochów" i "achów". Ale co poradzić, kiedy w głowie był tylko ostatni wieczór nie byłem w stanie napisać złego słowa na to czego byłem świadkiem, a teraz jakoś nie mam serca tego zrewidować :D Pomyślałem że może warto się z wami podzielić moimi wypocinami. Tekst naprawdę mało kiedy przypomina profesjonalną relację, myślę więc że branie go na serio nie jest do końca dobrym pomysłem. No to jedziemy, miłej lektury.



Kiedy lider Morbid Angel zapowiedział ostatnie wykonanie zerwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Przez cały czas trwania ich koncertu czuć było podniecenie faktem, że już niedługo ujrzymy naszych idoli. Zawiązaliśmy sznurówki, wypiliśmy wszystkie płyny jakie jeszcze mieliśmy w zapasie gdy z podnieconym uśmiechem na twarzy i szaleństwem w oczach podszedł do mnie Adrian i zapytał:

„Wyspowiadałeś się przed spotkaniem z bogami?”

Zaczęliśmy szturmować na prawą stronę widowni pod barierki. Udało się dotrzeć do 3 czy 4 rzędu, do sceny kilka metrów – niezły wynik. Morbid zwolnił miejsce, szybko zaczęła się przepinka, w czasie której opadła kotara z logiem Epitaph. Nie trzeba chyba mówić jakie to wywołało reakcje wśród rozentuzjazmowanej widowni. Czekaliśmy dość długo, emocje sięgały zenitu i doskwierał brak wody i świeżego powietrza. Niesamowity ścisk, przepychanki, walka o miejsca. W końcu, przy wciąż zapalonych światłach rozbrzmiały dźwięki szabatowego War Pigs. Adrenalina zdawała się wylewać na podłogę litrami. I nagle zapadła ciemność. Czerwone światło skierowało się na logo Epitaph na kotarze. Litera po literze. Z krzyków i gwizdów powoli zaczęła się wyłaniać melodia Battle Hymn. I dopiero wtedy zdałem sobie tak naprawdę sprawę z tego co za chwilę się stanie.

Kotara opadła. Dźwięki Rapid Fire przecięły gwałtownie powietrze. Przede mną ukazał się Kapłan. Zobaczyłem ich wszystkich. Ich twarze, ich oczy. Zachłysnąłem się powietrzem bo nastąpił właśnie ten moment – moment kiedy w sekundę przelatują przed oczami wszystkie chwile spędzone na słuchaniu twoich idoli, oglądaniu wywiadów, zgłębianiu historii i wiedzy o nich. A kiedy mrugniesz i ponownie otworzysz oczy, oni stoją przed tobą. I grają dla ciebie.

Od razu cały tłum napierał na przód i w parę sekund stworzył dziki młyn. Wychyliłem się do przodu i zobaczyłem wszystkich – Halforda w czarnych aviatorach, majestatycznie pochylonego nad mikrofonem, Glenna w czerwonych spodniach w charakterystycznym dla siebie stanie skupienia, kiwającego się z tyłu Iana, z wyjątkową gracją operującego pałeczkami Scotta za bębnami i Richiego, nową, młodą siłę w Kapłanie. Cały utwór minął, zdawałoby się, w kilkanaście sekund. Genialne intro, które podbiło wszystkim adrenalinę pod samo gardło. Wciąż trzęsą mi się ręce kiedy piszę te słowa.
Kiedy skończyli grać pierwszy kawałek, od razu rozbrzmiały charakterystyczne dźwięki zapowiadające Metal Gods. Na entuzjazm publiki odpowiedział grzmot początku kawałka. Od razu rzuciła się w oczy ( w uszy? ) niesamowita surowość i ciężar brzmienia z jakimi Kapłan gra na tej trasie. Ten utwór nigdy nie brzmiał tak dobrze. Rytm po prostu dyktował bicie serca, nakazywał skandowanie nie uznając sprzeciwów. Po solówce Glenna, która była naprawdę całkiem nieźle nagłośniona i dobrze słyszalna nastąpił moment którego wystąpienia nie byłem wcale pewny, ale Halford nie zawiódł oczekiwań. Co ja mówię? Przerósł wszystkie, najśmielsze oczekiwania – tym krzykiem który przeszył całe ciało na wskroś i dał wrażenie że mózg powoli wydostaje się z czaszki. To było wręcz nierealne. Jakby przez ten czas to nie blisko sześćdziesięcioletni Rob, ale ktoś inny wydobył z siebie tak przepotężny wrzask. Te dwie sekundy rozrywającego na strzępy krzyku sprawiły że poczułem się jakbym odrywał się od ziemi zaczynając lot na księżyc.

„Better be the SLAAAAAAAAAAVES!!!
To their wicked ways…”


Po skończonym utworze Rob wreszcie przemówił.

„Hello everybody, the Priest is here.”

Na mojej twarzy pojawił się sporych rozmiarów banan. Priest z Robem koncertował bowiem w Polsce po raz pierwszy, Halford nie rzucił więc standardowego „…Priest is back.” . Bardzo miły akcent, Rob pokazał że dba o to gdzie jest i do kogo mówi. Wszystko działo się bardzo szybko i efektownie, widać doświadczenie Kapłana w dbaniu o trzymanie napięcia podczas show.

Glenn zaczął Heading Out to the Highway . Idealne tempo, piosenka miała swój charakterystyczny lekki klimat. To co zapamiętałem najbardziej to bardzo dobrze brzmiący fragment solówki który Richie i Glenn grali unisono oraz to że Halford zdecydował się wyciągnąć końcówkę refrenu wysoko, jak w oryginale. Miód! I w tym momencie znowu do mnie dotarło, że wcale nie siedzę przed komputerem oglądając DVD z koncertów Priest. Nie siedzę nawet w kinie z super obrazem i klarownym dźwiękiem. Stoję kilka metrów od Judas Priest. Od ludzi z krwi i kości, prawdziwych i materialnych, którym można spojrzeć w oczy, których spadający pot można poczuć na własnej skórze. Od ludzi do których można coś wykrzyczeć i cię usłyszą. Do których można się zwyczajnie, po ludzku uśmiechnąć i liczyć na odwzajemnienie uśmiechu. Niesamowite.

Kiedy skończyli, chłopaki zeszli na chwilę ze sceny. Po kilku sekundach pojawił się Scott, światła zgasły, a na ekranie projektora pojawiła się okładka Angel of Retribution, wraz z którą zaczęły narastać powoli dźwięki jednego z najmocniejszych, najpotężniejszych utworów jakie Priest kiedykolwiek nagrał. Czekałem na ten moment. Judas Rising.

Narastające dźwięki wstępu, coraz wyżej w skali, gdzieś w oddali rósł potężny wrzask Halforda… I stało się – Scott uderzył perkusyjne wejście i grzmot gitar, które zdawały się być wtedy młotami w rękach bogów burzy, wypełnił każdy cal ciała. Wydawało by się że ten utwór znał każdy z przybyłych. Wszystkich porwał sztorm, dali się wciągnąć w oko niszczycielskiego huraganu. Na moment zapomnieliśmy że walczymy o każdy oddech świeżego powietrza, a każdy wydany z siebie okrzyk doprowadzał z braku tlenu na granice przytomności. Ale to się nie liczyło kiedy na refren wszyscy ryczęli ile sił w płucach:

„ JUDAS IS RISNG !!!”

Potęga. Piękny moment.

Ostatnie nuty zamilkły i Rob znów przemówił. Wspomniał o Sin After Sin, jak lubią ten album i zdecydowali się dziś zagrać z niego dwa kawałki. Pierwszym będzie dawnio nie grany, oczekiwany przez wielu fanów Starbreaker. Utwór wypadł bardzo dobrze, w końcu zyskał odpowiednio mocne brzmienie na które bez wątpienia zasługiwał.

Następnie salę wypełniło delikatne, niebieskie światło, a Glenn i Richie stanęli obok siebie żeby zagrać początek nieśmiertelnego klasyka Priest, obowiązkowego punktu każdego ich koncertu – Victim of Changes. Prawdę mówiąc miałem drobne obawy co do umieszczenia tego utworu prawie na początku set listy, ze względu na swój charakter pasuje raczej na sam koniec. Martwiłem się też odrobinę o grę Richiego – W VoC miał on bowiem do odegrania niesamowitą, zawsze w sporej mierze improwizowaną partię solową genialnego w tej roli KK Downinga, który zawsze popisywał się wtedy pomysłowością, panowaniem nad instrumentem i świetnym, hendrixowskim feelingiem w dzikiej, metalowej oprawie. Ale Judasi znowu nie zawiedli. Przesunięcie utworu na wcześniejsze miejsce na set liście spowodowało że chłopaki nie byli jeszcze zmęczeni ale już rozgrzani, Halford mógł sobie pozwolić na parę kunsztownych wokalnych wygibasów, a i Richie wypadł bardzo dobrze. Jechał ostro po pentatonice, trochę w stylu Wylde’a. Co najważniejsze, wpasował się dobrze w klimat i nie próbował kopiować gry KK’a, choć prawdę mówiąc to właśnie w tym miejscu odczułem przez moment brak starego szarpidruta Priestów. Ogólnie jednak Priest z Richiem zyskują delikatnie nowy wymiar. To subtelne różnice – na tyle wyważone że wszystko brzmi świeżo, nie jak po raz kolejny odgrzewany kotlet, ale też wciąż pozostaje starym, dobrym Judas Priest. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę zacząłem naprawdę lubić Faulknera. Gość robi świetne show, a poza tym po prostu tu pasuje. Wszystko tu współgra, tworzy przemyślaną całość.

Metal God świetnie operował głosem, Richie godnie zastąpił Downinga dźwigając na barkach ciężar tak ważnej w odbiorze utworu partii solowej. Glenn natomiast przedłużył swoją krótką solówkę aby pobawić się trochę z widownią, non stop przyśpieszając powtarzającą się zagrywkę. Nie spodziewałem się takiego rozwoju sytuacji, reakcja publiki była fenomenalna! Na koniec utworu Halford znów błysnął niesamowitymi krzykami. To jedna z pierwszych kompozycji Priest jakie usłyszałem i mam do niej szczególny sentyment. Na zmianę miałem ciarki i stan bliski atakowi serca. To niesamowite ile odmiennych emocji przechodzi przez człowieka przez te 10 minut. Genialny Victim!

Po sowitym aplauzie Rob zapowiedział krótko następny utwór – pochodzący z pierwszej płyty Priest, z Rocka Rolli kawałek pod tytułem Never Satisfied. Był to, okazuje się, bardzo dobry wybór. Piosenka ma charakterystyczny dla utworów z początku lat 70 feeling, a w nowej, agresywniejszej aranżacji jaką Priest raczy nas podczas trwania swojej pożegnalnej trasy brzmi bardzo ciekawie. Widać że wszyscy bawili się dobrze, wczuwali się w rytm. Wtedy też Richie podszedł na lewy koniec sceny i zobaczywszy mnie w stanie euforii wskazał palcem i pokiwał głową z aprobatą. Miło!

Richie po skończonym utworze wyposażył się w akustyka żeby zagrać stary, balladowy hit w nowej aranżacji – cover Joan Baez, Diamonds & Rust. Słowa znała większość ludzi.

„Yes, we both know what memories can bring, they bring diamonds and rust…”

Tu pojawił się nowy patent tej aranżacji – w połowie trwania utworu zmienia się jego tempo i wchodzi przester, dzięki czemu kawałek przypomina swoją oryginalną wersję z 77 roku. Bardzo podobał mi się ten zabieg kiedy oglądałem występy Priest z tej trasy, ale takiej siły się nie spodziewałem. Byłem wręcz lekko zaskoczony jaką moc ma to uderzenie. Widać że chłopakom niestraszne są zabawy z kompozycją. Świetne!

Światła zgasły a chłopaki zeszli ze sceny. Chwilę potem na wielkim ekranie z tyłu pojawiła się okładka Nostradamusa. Za bębnami zasiadł Scott kiedy w powietrzu unosiły się łagodnie dźwięki Dawn of Creation. W czasie kilku sekund na scenie pojawiła się reszta zespołu (prócz Roba) i zaczęli Prophecy. Utwór ostro miętolony na dwóch ostatnich trasach, tutaj sprawdził się jednak wyśmienicie. Wszyscy wiedzieli o co chodzi kiedy na scenie pojawił się Rob w charakterystycznym błyszczącym płaszczu z laską uwieńczoną Judasowym krzyżem, z czym wyglądał jak prawdziwy metalowy papież. Jak wcześniej, całości dopełniły chóralnie wyśpiewane przez publikę refreny. Było naprawdę efektownie, dymy, płomienie i iskry sypiące się z laski Roba tworzyły naprawdę fajną atmosferę.

Kolejnym punktem występu był pochodzący z Painkillera NightCrawler. Pain jest co prawda tak dobrym krążkiem że mogliby zagrać którykolwiek utwór,ale moi faworyci to Hell Patrol albo Leather Rebel (samego Painkillera nie liczymy, występuje swoją drogą) chociaż wiem że są to kawałki które nie mogą być zaśpiewane tę oktawę niżej bo pozbawia je to w dużym stopniu klimatu (choć LR w sumie Rob raczej by uciągnął). Jendak wszystkie moje wątpliwości zostały rozwiane kiedy Kapłan zaczął odprawiać swoją magię. Na początek zaciekawienie, tajemniczość… A potem agresywne wejście, z charakterystycznym dla Painkillera brzmieniem, gdzie gitarowe harmonie ujawniają swoją moc (wspominałem o świetnym zgraniu Glenna i Richiego?). Z reakcji publiki dało się wywnioskować że wiele ludzi czekało na ten utwór jako na swojego personalnego faworyta z setu. Te gitarowe harmonie jako partia rytmiczna to naprawdę ciekawy zabieg, myślę że nie byłem jedyną osobą której jeszcze długie godziny po koncercie gra w głowie linia melodyczna tej piosenki.

Następnie na ekranie ukazała się okładka Turbo. „ Nareszcie!” pomyślałem. Byłem niesamowicie ciekawy jak zabrzmi teraz utwór który zdaje się reprezentować w pierwotnej formie nurt lekkostrawnego, dość płytkiego popu lat 80. Kapłan spotkał się ze sporą falą krytyki za dokonania z tego albumu, jednak po latach okazuje się że bunt minął i rzesze fanów zapałały sympatią do Turbo. A teraz „nowy” Priest ma zagrać odświeżoną, mocniejszą i bogatszą wersję Turbo Lover.

Wypaliło! Niesamowicie było patrzeć na tłum długowłosych osobników o groźnej aparycji, którzy jeszcze niedawno bezlitośnie obtłukiwali się nawzajem kiedy na scenie gościł Exodus, teraz skandujących refren kawałka tego typu. Wyszło świetnie!

„I’m your Turbo Lover! Tell me there’s no other!”

Ciekawym patentem było zwolnienie przed solówką Glenna. Richie uraczył krótkim, melodyjnym zagraniem, i zwolnił miejsce Tiptonowi. Utwór wrócił do pierwotnego tempa a gitarzysta w czerwonych portęciach odegrał bardzo charakterystyczną partię solową. Jak zwykle, w swoim stylu – z rysującym się na twarzy ogromnym skupieniem i wielką dokładnością.

Oklaski wkrótce przygasły żeby ustąpić pierwszym znajomym dźwiękom utworu, o którym nie myślałem że kiedykolwiek usłyszę na żywo. Byłem przeszczęśliwy, Kapłan zdecydował się bowiem podczas trwanie Epitaph Tour grać Beyond the Realms of Death. Nastawiłem się wyjątkowo by chłonąć absolutnie każdy dźwięk, wyłapywać każdy drobny niuans. I kiedy tylko Richie dotknął strun, roztoczyła się magia – panie i panowie, gitarzyści Judas Priest mają naprawdę piękne brzmienie czystych kanałów. Ten rezonans, głębia, dzwon… Uczta dla uszu. Tym bardziej bogata iż Glenn zdecydował się swoją partię wstępną też zagrać na czystym kanale. Niby tylko kilka sekund, a wywołało ciekawość i zaskoczenie. Duży plus na konto czerwonoporciętego wioślarza! Powoli zaczęła się zbliżać chwila której oczekiwałem z ponownie nawracającą falą adrenaliny w gardle – gitarowe uderzenie w refrenie. Ostatnie słowa zwrotki… i jest! PETARDA!

„Fed him by hand…
AAAH! I’ve left the world behind!”


Co za moc! Dwa wymieniające się akordy wyszarpane przez Glenna i Richiego stworzyły ryk, który wybrzmiewał z nieopisaną wręcz wściekłością. Brzmienie gitar rzuciło mnie na kolana. Najpierw czysty, a teraz... a teraz słyszę najlepsze przesterowane brzmienie jakie słyszeć miałem kiedykolwiek okazję. Prawdą jest, że gówniarz jestem i słyszałem naprawdę mało, ale to było to czego szukałem i miałem małe nadzieje że kiedyś odnajdę. Przester niesamowicie selektywny i potężny, a przy tym zachowujący charakter i wyjątkową naturalność. I tyczy się to obu gitar, które razem wspaniale wypełniały pasmo dając co tylko można z kawałków desek i drutu. I to był właśnie jeden z tych momentów kiedy człowieka wypełnia ten specyficzny rodzaj radości – dlatego że czuje że to wszystko perfekcyjnie współgra, to to czego szukał, znalazł Świętego Gralla i ma go tylko dla siebie.
Halford również błyszczał nadspodziewanie dobrymi improwizacjami w kwestii interpretacji linii wokalnej. Ostatnie zdanie drugiej zwrotki wykrzyczał głosem przypominającym krzyk jastrzębia zdający się gasnąć gdzieś w oddali. To co ten człowiek potrafi zrobić ze swoim gardłem jest niesamowite.

„AND THEN HE DIED!”

I znów zadziałał materiał wybuchowy w postaci kawałków drewna i metalu. Hala jeszcze raz rozbrzmiała potężnym przesterem a za chwilę pojawiły się znane przejścia perkusyjne by zapowiedzieć wykonanie jednej z najlepszych ( o ile nie najlepszej) partii solowych jakie widział świat – teraz sceną przez moment miał zawładnąć Glenn Tipton. I zrobił to. Zagrał perfekcyjnie, z wielkim wyczuciem bawiąc się emocjami i kumulując powoli napięcie aż do samego szczytu tego co można wyrazić za pomocą strun. A potem zostawił za sobą tę charakterystyczną płynąca na sprzężeniu zwrotnym nutę. Z dumą mogę więc powiedzieć że usłyszałem w mojej subiektywnej opinii jedną z najbardziej przemyślanych solówek w muzyce heavy metalowej zagraną przez jej oryginalnego autora.

I tu pałeczkę znów przejął Rob, który powoli wyszedł z boku sceny i uraczył wszystkich kilkoma nowymi pomysłami widocznymi w śpiewanej przez niego partii. A posłuchać można było naprawdę dokładnie, bo instrumentarium na chwilę się uspokoiło oddając miejsce wokaliście. Tutaj jak na dłoni widać było te 40 lat doświadczenia za mikrofonem, łatwość i swobodę interpretacji.
Chwilę potem po raz ostatni dane było nam usłyszeć tę niezwykłą Priestowską petardę w refrenie. Przypominało to tsunami – cały zespół płynął na fali gitarowego ryku, Rob wyjątkowo zaangażował się w śpiewane słowa. Potem przyszła kolej na Richiego, który bardzo dobrze poradził sobie z dość skomplikowaną linią należącą pierwotnie do KK Downinga. Kiedy skończył, nadszedł jeszcze jeden słodki moment, kilka szarpnięć akordów w granym na koniec utworu riffie zdawały się mówić „Zapamiętajcie to sobie, już czegoś takiego nie usłyszycie”. Zakończył Rob przeciągając długą nutę puszczoną następnie w dal na fali nałożonego na jego głos echa.

Glenn i Richie znów zbliżyli się do siebie i zagrali wstęp do znanego przeboju z DotF, The Sentinel. Zrobili to naprawdę, naprawdę wolno! Niektórzy pewnie trochę się martwili jak kawałek wypadnie z wolniejszym tempem, ale kiedy przeszli do właściwego riffu okazało się że cała efektowność została zachowana. Rob co prawda praktycznie nie wykrzykiwał refrenów, co może było mądrą decyzją. Solo Glenna było zaskakująco brudne i energetyczne, zagrane bardzo pewnie i z łatwością. Wolniejsza partia została zagrana z ciekawym, niemal akustycznym brzmieniem. Kończąc wykonanie Rob charakterystycznie dla siebie bogato gestykulował, do której to czynności dołączył się też Tipton, wyraźnie czujący siłę jaką daje mu entuzjazm fanów.

Przyszła kolej na Blood Red Skies. To dobry wybór z Ram It Down, Rob najlepiej brzmi teraz właśnie w takich piosenkach, kiedy ma okazję śpiewać na zmianę i melodyjnie, spokojnie i z agresją, głównie w średnim rejestrze. Wśród fanów przed koncertem była obawa o to jak Halford poradzi sobie z intrem. Zgodnie z oczekiwaniami, miejscami odrobinę zapiał, choć na żywo wszystko brzmi zdecydowanie lepiej. Świetne były za to słowa refrenu:

„You won’t break me,
You won’t take me,
I’ll fight you under Blood Red Skies.”


Oraz moment pod koniec, kiedy wśród buchających płomieni ujawnił się cały Halfordowy majestat i charyzma:

„Never surrender, never surrender!”

Widowni tak spodobało się wykonanie, że nie mogli zaprzestać aplauzów, gwizdów i podnieconych okrzyków. Halford stanął na brzegu sceny z mikrofonem skierowanym w stronę publiki i przez chwilę z zadowoleniem przysłuchiwał się tym przejawom entuzjazmu.

Wielki ekran zabłysnął następnie ikoną zielonego słońca, bo Priest miał właśnie zagrać cover Fleetwood Mac, klasyk koncertów z końca lat 70 – The Green Manalishi. Bardzo podoba mi się wersja z UitE tak więc czekałem żeby przekonać się jak będzie wyglądać nowa oprawa tego utworu. Odrobinę raziła mnie w tym przypadku perkusja Travisa, choć przejścia jak zawsze były fenomenalne. Świeciły za to gitary i bardzo dobrze słyszalny Ian. Tipton i Faulkner po raz kolejny okazali się świetnie dobranym duetem po znakomicie odtworzyli atmosferę gitarowej wymiany zdań podczas swoich solówek i brzmieli dokładnie tak samo „ostro” ( rozkręcone na maksa Marshalle z UitE są moim zdaniem bardzo charakterystyczne, niesamowicie charakterne ) jak na japońskiej koncertówce. W pamięć zapadł mi bardzo sposób w jaki Halford zaśpiewał ostatnie dwa wersy. Doczekaliśmy się też sławnego momentu, który to Rob pozwolił nam odśpiewać w całości:

“Leavin' me here just tryin' to keep from following you…
Oh, oh oh oh,
Oh oh oh…


Od kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten utwór zamarzyłem żeby zaśpiewać to z samym Kapłanem przed sobą. I dostałem szansę!

Gdy wrzawa ucichła stanął przed nami Rob, na ekranie za plecami mając okładkę British Steel. W swojej krótkiej przemowie zaznaczył jak dobrą dekadą dla heavy metalu były lata 80, a następna piosenka zdaje się być bliskoznaczna z wszystkim co się wtedy działo. A więc..

„Breaking the what?
Law!
Breaking the what?
Law!
Breaking the what?!
LAW!
Go break that law now, Poland!”


Na dźwięk znanego wszystkim riffu cała płyta zaczęła falować. Tłum pogrążył się w euforii śpiewając każde słowo. Buchały płomienie, języki ognia tworzyły jakby aureolę nad głową Scotta, Halford razem z gitarzystami wykonali swój bujany taniec,a wszystko trwało nieco ponad dwie minuty. Niektórzy mogą czuć niedosyt przez to że Metal God nie przemówił wtedy ani słowem, ale szczerze mówiąc nigdy nie czułem się tak blisko bycia częścią zespołu.

Na scenie został potem sam Travis. Zaserwował nam niedługi, perkusyjny wstęp, podczas którego zaczął „kusić” powtarzając fragment wstępu do następnego utworu. Po chwili Spodek zagrzmiał dźwiękami wyczekiwanego przez wielu Painkillera. W miejscu gdzie się znajdowałem rozgorzała prawdziwa młócka. Rob bardzo dobrze sobie radził, wiadomo było że nie nie zaśpiewa jak na studyjnym nagraniu ale wyszło mu bardzo dobrze, znów momentami popisał się znakomitymi krzykami ponownie przywodzącymi na myśl głos jastrzębia. Kolejnym równie niepewnym elementem była dla mnie solówka Glenna. Ale i on poradził sobie bardzo dobrze, a wysokie dźwięki które wydobywał ze swojego Hammera przechodziły niczym igła przez klatkę piersiową, dokładnie tak jak to sobie wyobrażałem. Na koniec jeszcze raz błysnął Rob, miotając piorunującymi wrzaskami przed solówką Richiego i na sam koniec utworu.

Scena na chwilę opustoszała, a w miejscu gdzie jeszcze niedawno była okładka Painkillera na widownie zaczęło spoglądać wielkie oko. Halford wspiął się podest obok Travisa kiedy powietrze zaczęło wibrować od „epickich” dźwięków The Hellion. Wszyscy zgromadzeni jak jeden mąż odśpiewali melodię zapowiadającą Electric Eye. Cała płyta znów zaczęła falować kiedy tylko ów utwór się rozpoczął. Dosłownie przeleciał on przed oczami, niczym dopiero co zagrany BtL. Było szybko i energicznie, a najbardziej zaimponował mi Glenn, o którym nigdy bym po tym co zobaczyłem nie powiedział że przekroczył sześćdziesiątkę. Tyle energii! Wrażenie robił też moment kiedy przejechał palcem po widowni wskazując kolejno szalejących pod sceną fanów.

Muzycy znów opuścili swoje miejsca, ale w mgnieniu oka rozległ się ryk motocyklowego silnika. Wśród osiągających kilka metrów wysokości słupów dymu na scenę wyjechał na swoim motorze Rob Halford trzymając w zębach czarny pejcz. Dał sygnał Scottowi i Priest rozpoczął Hell Bent For Leather. Glenn bawił się chwilę sprzężeniem zwrotnym po czym podyktował bardzo chwytliwy riff. Szybkie zwrotki, wykrzyczane przez publikę refreny, ponadczasowa w swojej postaci solówka Tiptona, a przede wszystkim świetna zabawa – tak w skrócie wyglądało Katowickie Hell Bent For Leather. Ale to co mi najbardziej zapadło w pamięć, to dzikie skoki Glenna na sam koniec utworu. Szeroki uśmiech na twarzy i taka spontaniczność. Nie spodziewałem się go takiego zobaczyć!

Wciąż siedzący na motocyklu Rob zaczął dyktować publice proste zaśpiewki, które wszyscy chóralnie powtarzali. Spodek znów rozbrzmiał, ale tym razem głosami sześciotysięcznej publiki. Zaraz potem Priest poczęstował nas kolejnym ze swoich przebojów, You’ve Got Another Thing Coming. Perkusja Scotta nadała kawałkowi ciężaru, Glenn bardzo poprawnie zagrał solo w czasie którego Rob szarpał struny zmieniającego wciąż akordy Richiego przy pomocy swojego pejcza. Najmłodszy członek Kapłana także dostał czas na popisy – przez jakiś czas pokazał trochę swoich umiejętności wiosłując dzikie oparte na pentatonice solo. Tu widać było szczególnie różnice pomiędzy nim a Downingiem. Grę Faulknera Halford skomentował krótko:

„Oh my God! Richie Faulkner on the heavy metal guitar!

Po czym nastąpił moment który zapamiętamy chyba wszyscy – Rob Halford wyszedł na scenę owinięty biało czerwoną flagą, którą przy końcu utworu ucałował. Wszyscy wiedzieli że to już końcówka nabożeństwa które Kapłan odprawiał na polskiej ziemi. Zespół dawał pełną moc, a Metal God wciąż majestatycznie trzymał polską flagę. Ostatnie słowa skierowane do wszystkich obecnych, nakazujące podtrzymywać heavy metalową wiarę i Priest zamilkł.

Przyszedł czas na dzielenie się relikwiami. A w Spodku wyglądało to niezwykle! Glenn Tipton przybył pod same barierki żeby osobiście wręczyć kilku szczęśliwcom do ręki kostki wraz z uściskiem dłoni! W tym samym czasie na kolumny z przodu sceny wszedł Scott Travis unosząc wysoko dwie pałeczki i długo kusił wszystkich dookoła wyciągających z żądzą ręce. Przeszedł się parę kroków w obie strony i z miną którą możnaby określić jako „świadomość własnej zajebistości” sprawił że dwie będące przed chwilą jego własnością pałeczki znalazły nowych, rozradowanych właścicieli. Wtedy właśnie widziałem go bardzo dokładnie, sam wyciągając ręce z nadzieją na otrzymanie tak świetnej pamiątki. Niestety, nie poszczęściło mi się, choć myślę że tak jak wszyscy naokoło miałem przez moment wrażenie że to właśnie do mnie trafi jeden z tych przedstawiających dla niektórych wielką wartość przedmiotów.

Nagle, niespodziewanie Scott wrócił za bębny i chwycił za mikrofon by powiedzieć jak podobał mu się ten wieczór, a dlatego że byliśmy dziś niesamowici Judas zagra dla nas jeszcze jeden bis. Zaczął nabijać stopą rytm, a po chwili zaangażował do pracy resztę bębnów aby rozpoczęły Living After Midnight. I tu muszę od razu zaznaczyć, że w tym właśnie miejscu subiektywizm moich opinii osiąga krańcowe wartości, pałam bowiem prawie bezgranicznym uwielbieniem dla tej piosenki. Chyba nigdy mi się nie znudzi. Jest w niej praktycznie wszystko co tworzy dla mnie warunki do dobrej zabawy. Ale do rzeczy, gdyż przed nami jeden z najfajniejszych momentów Katowickiego koncertu:

Glenn wyjechał z jednym akordem wcześniej niż było to planowane, ale zaraz potem pojawił się właściwy, urzekający swoją prostotą riff. Wywołało to niesamowitą wręcz euforię – wiele osób siedzących na sektorach podniosło się z miejsc a cała płyta znów zmieniła się w przypominający wzburzone morze falujący twór. Wszyscy też śpiewali ile sił w płucach chcąc dać z siebie wszystko podczas ostatniego spotkania z Judasami:

„Living,
After midnight,
Rocking
To the dawn
Loving
Till the morning
And then I’m gone
I’m gone…”


Widać było, że chłopaki bawią się wyśmienicie! Richie momentami zwyczajnie śmiał się jak wariat, a jeśli chodzi o Glenna to zawsze miałem wrażenie że on bardzo lubi ten numer. Nie inaczej było tym razem. Znów zaczął z uśmiechem skakać do rytmu, w ogóle przez cały utwór miał wymalowany na twarzy wyraz zadowolenia. Niezwykle ruchliwy tego wieczoru wydawał się być też Ian.
Bawiłem się wspaniale, czułem niesamowitą radość, szczęście i beztroskę. Cały czas spędzony z Priest pełen był zresztą pozytywnych emocji w całej palecie barw. Nie byłem świadom jak wiele może być rodzajów szczęścia!

Niestety powoli nadszedł czas żegnać się z Kapłanem. Ostatnie gitarowe popisy, ostatnia okazja wsłuchania się w magiczne dźwięki które Obrońcy Wiary przywieźli nam ze sobą, ostatnie chóralne, dyktowane przez Roba zaśpiewki i rozbrzmiał ostatni akord.

„Thank you, good night. Keep the metal faith, love each other!”

Takimi słowami pożegnał zgromadzoną w Katowicach publiczność Rob Halford, po czym wraz z Ianem Hillem zeszli ze sceny. Wciąż jednak mogliśmy podziwiać Scotta Travisa, Glenna Tiptona oraz Richiego Faulknera, którzy zostali na moment dłużej aby wysłuchać tłumu, skandującego:

„Thank you! Thank you! Thank you!”

Wyraz zaskoczenia i uśmiechy na ich twarzach były bezcenne. Swoich właścicieli znalazły ostanie artefakty w postaci kostek, a Scott udał się jeszcze raz tuż przed oblicze fanów aby znów z tym samym wyrazem twarzy pokusić wszystkich wizją otrzymania jego pałeczek. I tym razem szczęście mi nie dopisało, choć jeden z owych czarnych patyków wylądował w czyichś dłoniach dosłownie kilkanaście centymetrów od moich. Chłopaki zeszli ze sceny przy akompaniamencie wciąż śpiewanego przez niedowierzającą temu co się stało widownię We Are The Champions.
Tak skończyła się przygoda której nigdy nie zapomnę. Na początku byłem wypaloną skorupą, nie potrafiłem pomyśleć o niczym racjonalnym. Dopiero w domu, siedząc na łóżku i spoglądając ze wzruszeniem na własnoręcznie wymalowany symbol Priest na koszulce w której byłem, kiedy łzy napłynęły mi do oczu i zwilżyły po chwili wykrzywione w niedowierzającym uśmiechu kąciki ust, jakieś myśli zaczęły kiełkować powoli w głowie. Opłacało się czekać, mieć nadzieję i nie poddawać się kiedy nic nie było już pewne, bo zdarzyło się coś niezwykłego. Dziękuję dopiero co poznanym ludziom za to, że w tych chwilach nie byłem sam i mogłem dzielić z kimś te przeżycia. Dziękuję mojemu wujowi, bez którego do dziś żyłbym pewnie w nieświadomości istnienia tego co jest teraz moją pasją. I w końcu dziękuję mojemu ojcu, który potrafił dostrzec jak ważne jest dla mnie to wydarzenie i zostawiając wszystko wyruszył ze mną daleko od domu bym mógł zobaczyć to na co tak długo czekałem. Jestem już pewien że zawsze mogę na niego liczyć. Umierając będę spokojniejszy z nowo nabytą świadomością spełnienia równie ważnego życiowego obowiązku co posadzenie drzewa, wybudowanie domu i spłodzenie syna. Udało się. Widziałem Judas Priest i nikt mi już tego nie zabierze.

Amen.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 16 sie 2011, o 23:23 
Offline
Metal God
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 gru 2005, o 23:36
Posty: 13293
Lokalizacja: (prawie) W-Wa
przyklejcie :shock: :o

_________________
Groovy, baby !!!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 00:13 
Offline
Heart Of A Lion
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 3 gru 2010, o 19:27
Posty: 1244
Lokalizacja: Pawłowice
Zajebista relacja. Znów poczułem się jakbym był w spodku.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 01:16 
Offline
Machine Man
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 kwi 2003, o 17:35
Posty: 2361
Lokalizacja: Radomsko/Łódź
Znalazłem się :)
Wczoraj dopiero wróciłem z Mazur :)
5 dni siedzenia w lesie nad jeziorem :)


BTW. Zajebista relacja !!

_________________
Priest... live!
:twisted: 17.06.2008 - Ostrava (CZ) - CEZ Arena :twisted:
:twisted: 26.02.2009 - Berlin (GER) - Max Schmelling Halle :twisted:
:twisted: 28.06.2011 - Praga (CZ) - O2 Arena :twisted:
:twisted: 10.08.2011 - KATOWICE (PL) - SPODEK :twisted:
:twisted: 14.04.2012 - KATOWICE (PL) - SPODEK :twisted:


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 01:20 
Offline
Johnny B.Goode
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2007, o 18:30
Posty: 2889
Lokalizacja: Łódź
jak to 8sma częś harrego to może przeczytam

_________________
mroczne dźwięki słyszę
mroczne dźwięki rżną mą ciszę


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 10:30 
Offline
Night Crawler
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 paź 2004, o 18:37
Posty: 5543
Lokalizacja: Warszawa/Lublin
Jestem i ja :) wróciłem z nad morza przedwczoraj, ale nie mogłem doczytać tego tematu do końca bo tyle stron urosło. No i się przeziębiłem strasznie :roll:

koncert bardzo dobry, ale pewne zastrzeżenia miałem, szczególnie do nagłośnienia.

czy koncert życia? raczej nie, ciągle czekam na Ozric Tentacles :wink: (szacun dla magistra, że wie co to), poza tym w lutym Accept, muszę przyznać, wymiótł mnie bardziej, ale to przecież nieważne szczegóły. Dodając całą otoczkę, spotkania z ludźmi, podróż, to było lepiej niż bym się spodziewał.

pozdro dla Rocki, Priesta, Magistra, Paina, Bloodsuckera, Metalpriesta, Taffera, Lemmyego, a nawet DTQ mimo niepotrzebnego spinania się :wink:

btw. akustyczna część Diamonds and Rust to niezła żenada :mrgreen: w tym momencie koncertu stałem i nie wiedziałem co ze sobą zrobić dosłownie, na szczęście uratowali drugą częścią.

painkiller napisał(a):
Priest napisał(a):
swoja droga przypomnial mi sie "pierwszy" Magister, ktorego Pawel zwerbowal do nas do przedzialu zamiast dwoch slodkich blondynek, dzieki za to Pain - jestes super!!! :x

Tak bardzo chciałem poznać magistra, że falstartem wpuściłem jakiegoś grubego kutasa, któremu mama w akcie rozpaczy zapakowała do plecaka suszoną marchewkę, zapewne aby stłumić sumienie, że zrobiła z niego przemądrzałego świniaka - sorry za to :wink: :lol: :lol: :lol:


ale to chyba ja go zawołałem :lol: był boski

_________________
King Diamond napisał(a):
I actually do play games. Games like Fallout are great.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 11:22 
Offline
Machine Man
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lis 2004, o 23:06
Posty: 2338
Lokalizacja: Katowice
heh a ja na akustycznej części Diamonds and Rust miałem niemal łzy w oczach. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło.. Fakt, aranżacja trochę uboga i monotonna..ale ten Głos i ta melodia. Zresztą to kapitalny utwór Joan Baez. Przejście to części szybszej było, także dzięki temu fantastyczne.

_________________
Do you realize?!
Do you realize?!
This world is totally Fugazi!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 13:52 
Offline
Heart Of A Lion
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 kwi 2003, o 08:19
Posty: 1110
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Savage napisał(a):
Nagle, niespodziewanie Scott wrócił za bębny i chwycił za mikrofon by powiedzieć jak podobał mu się ten wieczór, a dlatego że byliśmy dziś niesamowici Judas zagra dla nas jeszcze jeden bis.


Nie jaraj się tak :wink: Dzień wcześniej w Berlinie było tak samo. Zagrali LAM nie dlatego, że polska publiczność była specjalnie wyjątkowa, tylko dlatego, że tak mają zaplanowane show.

_________________
Teściowa do Dominiki: " Nie słuchaj ich, to są diabły


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: POLSKA
PostNapisane: 17 sie 2011, o 14:34 
Offline
Metal God
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 gru 2005, o 23:36
Posty: 13293
Lokalizacja: (prawie) W-Wa
nie wszędzie grali, choć w Berlinie i na Węgrzech tak

_________________
Groovy, baby !!!


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]

Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 676 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 29, 30, 31, 32, 33, 34  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL