Judas Priest - Defenders Of The Faith

Polskie Forum Dyskusyjne
Teraz jest 28 cze 2017, o 11:01

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 333 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17

Ocen album Sad Wings Of Destiny
Ankieta wygasła 22 kwi 2005, o 17:31
1 0%  0%  [ 0 ]
2 0%  0%  [ 0 ]
3 0%  0%  [ 0 ]
4 0%  0%  [ 0 ]
5 0%  0%  [ 0 ]
6 0%  0%  [ 0 ]
7 12%  12%  [ 3 ]
8 20%  20%  [ 5 ]
9 48%  48%  [ 12 ]
10 20%  20%  [ 5 ]
Liczba głosów : 25
Autor Wiadomość
PostNapisane: 5 maja 2012, o 16:30 
Offline
Evening Star
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 gru 2011, o 16:04
Posty: 64
Pewnie już widzieliście, ja dopiero dziś na to trafiłem:
http://www.youtube.com/watch?v=GUQcPnjl ... re=related

Znam Halforda miażdżącego krzykiem, ale tak wczuwającego się głosu jeszcze u niego nie słyszałem, naprawdę zaśpiewane z sercem.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 6 maja 2012, o 02:01 
Offline
Defender Of The Faith
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2005, o 19:03
Posty: 8720
Lokalizacja: Ripper from Hell
Maflex napisał(a):
Pewnie już widzieliście



:lol:

_________________
Why so Serious?

Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 mar 2013, o 11:00 
Offline
Heart Of A Lion

Dołączył(a): 3 gru 2010, o 11:51
Posty: 1127
Dawniej na tym albumie wyznawałem kult Victim of Changes, ale jednak to bardziej dotyczy wersji koncertowych z UiTe czy Live Vengeance, utwór jest oczywiście świetny, ale na dzisiaj bardziej mnie miażdżą The Ripper, Tyrant czy Dreamer Deceiver.

Cały album jest prze-znakomity i tylko żal, że ta sesja nagraniowa nie obfitowała w więcej jeszcze utworów, pewnie każdy byłby znakomity.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 1 sie 2013, o 01:09 
Offline
Machine Man
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lis 2004, o 23:06
Posty: 2338
Lokalizacja: Katowice
Powiem uczciwie, że nigdzie nie widziałem jeszcze dobrej i wyczerpującej recenzji drugiego albumu Judas Priest wydanego w 1976 roku, wówczas dopiero wschodzącej, a w zasadzie raczkującej gwiazdy heavy metalu z Birmingham. Pierwsze kilka albumów tego zespołu jeśli już wogóle, jest zwykle oceniane, przez większość krytyków parających się cięższą odmianą rocka, wyjątkowo pobieżnie, co najwyżej poprzez pryzmat kilku klasyków do dziś granych przez grupę na koncertach. Postanowiłem zatem w swojej naiwności, że może mnie uda się stworzyć sensowną i wyczerpującą analizę muzyki zawartej na tym krążku z 1976 roku. Wiecie, stworzyć w końcu recenzję na jaką ten krążek zasługuje. Dopisując te słowa na samym końcu swojej, nazwijmy to umownie „pracy”, już wiem, że mi się to niestety nie udało. Podjąłem się zadania karkołomnego i w zasadzie niemożliwego. O ile bowiem można przelać na papier odczucia towarzyszące słuchaniu muzyki, to nigdy w sposób wiarygodny i przekonujący nie opiszę (pomimo, że bardzo bym chciał) dźwięków które słyszę i którymi się zachwycam. Zauważyłem, że sensowne pisanie o muzyce jest tym trudniejsze, im subiektywnie, płyta jest dla nas lepsza i ważniejsza. Rację miał ten, który powiedział, że muzyki się słucha, a nie pisze o niej. Niemniej jednak spróbowałem opisać swoje odczucia w sposób najlepszy jaki potrafię licząc, że może kogokolwiek to zainteresuje i skłoni do zapoznania się z albumem, a może i nawet przy okazji, z samym zespołem. To tyle w ramach przydługawego wstępu.
Zacznę może od tego, że powiem najzupełniej uczciwie, że płyty Judas Priest wydane w latach 70 uważam za najciekawszy i najambitniejszy okres w karierze tego zespołu. Wielu mogłoby mi popukać w czoło, biorąc pod uwagę fakt, że prawdziwą popularność i uznanie zdobyli dopiero kilka lat później wydając krążek „British Steel” i stając się jednym z zespołów symboli w heavy metalu. O ile oczywiście uwielbiam albumy zespołu z lat 80 - wspomniany „British Steel” z 1980 r., a także „Screaming for Vengeance” z 1982 r., „Defenders of the Faith” z 1984 r. czy „Turbo” z 1986 r. – wydane w okresie fenomenalnej popularności Judasów przede wszystkim w USA, kiedy to w tamtejszym radiu często grane były „You’ve got Another Thing Comin” czy „Living after Midnight”, to jednak zawsze będę ubolewał nad tym, że krążki z poprzedniej dekady zna i ceni tak niewielu...
Cofnijmy się zatem do czasów, kiedy budżet zespołu pozwalał jedynie na wypełnienie baku vana, który musiał zastępować muzykom jednocześnie hotel i jadłodajnie w trakcie skromnych tras koncertowych po Anglii. Cofnijmy się do czasów kiedy głównym składnikiem ubioru zespołu nie była skóra ani latex, kiedy skórzane pejcze nie chodziły im jeszcze po głowach, a muzyka grupy nie stroniła od wpływów psychodelii, rocka progresywnego czy bluesa, a nawet muzyki klasycznej. Cofnijmy się wreszcie do czasów kiedy portfele muzyków były puste, zato ich głowy wypełnione masą pomysłów, pasją i marzeniami. Czasów kiedy teksty ich utworów nie były wyłącznie sprawną ale całkowicie pustą grą słów o „szczękołamaczach”, „zabijaczach bólu” czy innych „metalowych bogach”.
Mamy zatem połowę lat 70. Okres kiedy zaczyna królować prosta i hałaśliwa muzyka punkowa, a giganci pokroju Led Zeppelin czy Deep Purple zaczynają być w odwrocie. Nie ma jednakże co ukrywać, debiut zespołu krążek „Rocka Rolla” z 1974 r. przepadł nie tylko z tego powodu. Był, łagodnie rzecz ujmując, średnio udany. Płyta w żaden sposób nie potrafiła pokazać potencjału, który przecież objawiał się na koncertach zespołu. Poza nielicznymi wyjątkami („Run of the Mill” !) album zawierał zbiór dosyć wtórnych i kiepsko wyprodukowanych utworów z pogranicza hard rocka i bluesa. Nie mógł usatysfakcjonować zespołu ani w zasadzie kogokolwiek innego i pozbawiony jakiejkolwiek promocji przeszedł niemalże bez echa. Członkowie grupy byli zawiedzeni biorąc pod uwagę ile pracy i serca włożyli w nagrania. Zespół był w tym czasie bliski rozpadu, także ze względów finansowych. Pomimo tego nie poddali się i spróbowali raz jeszcze.
Album, który nagrali w 1976 r. był nie tylko przełomem w ich karierze i początkiem drogi na heavy metalowy szczyt. Śmiało bowiem można bowiem napisać, że do dziś dla niektórych fanów płyta stanowi najlepsze, najciekawsze i najambitniejsze dzieło zespołu. Dziedzictwo artystycznych ambicji grupy, jak ktoś kiedyś ładnie to ujął. To chyba jedyna płyta Judas Priest, w której w tak sugestywny i plastyczny sposób wzajemnie przeplatają się rockowa energia, liryzm, mrok i smutek. Jedyna płyta nagrana w tak epickim duchu. Płyta zdradzająca progresywne inklinacje członków zespołu, które dopiero na kolejnych albumach stopniowo zaczęły zanikać. Klimat albumu w doskonały sposób odzwierciedla jego okładka przedstawiającą upadłego anioła, który najprawdopodobniej wylądował w piekielnych czeluściach. Czyżby doprowadziły go tam tytułowe „smutne skrzydła przeznaczenia” ?
Znakomitym przykładem wspomnianych przeze mnie wyżej progresywnych inklinacji zespołu jest chociażby otwierający płytę utwór „Victim of Changes”, grany na koncertach do dziś. Absolutnie nie dziwię się temu, że jest to jeden z ulubionych utworów wokalisty Roba Halforda, który zaśpiewał i zinterpretował go w sposób niebywale przekonujący. Mamy tu do czynienia z utworem epickim i monumentalnym, opartym na mocnym sabbathowym riffie przewijającym się przez większą część utworu. To co robi na mnie największe wrażenie, to fantastyczne, cudowne zwolnienie w środku i przejmujący śpiew Halforda :
„Once she was wonderful
Once she was fine
Once she was beautiful
Once she was mine...she was mine

Now change has come over her body, she doesn't see me anymore
Now change has come over her body, she doesn't see me anymore”
Ileż w tym bólu, rozpaczy, goryczy… Utwór znów w sposób płynny i zupełnie naturalny przyśpiesza, jednakże wszechobecne uczucie bólu zostaje, co dobitnie podkreślają krzyki rozpaczy podmiotu lirycznego w osobie wokalisty. Zresztą popisom wokalnym Halforda zarówno w tym utworze, jak i na całym krążku należałoby poświęcić osobny artykuł. Rob prezentuje nam bowiem całą gamę swoich niebywałych możliwości głosowych i interpretatorskich. Jest znakomity zarówno kiedy śpiewa lirycznie w niższych rejestrach, jak i wówczas kiedy z łatwością, czysto i wysoko zdobywa „góry” nieosiągalne dla większości wokalistów.
„The Ripper” to na pewno utwór nieco prostszy w swojej strukturze. Osnuta londyńską mgiełką opowieść o Kubie Rozpruwaczu jest przedstawiona bardzo plastycznie i sugestywnie. Niewiele trzeba (w zasadzie wystarczy zamknąć oczy i wsłuchać się w tekst i muzykę) aby znaleźć się na zamglonych przedmieściach XIX wiecznej stolicy Anglii i w zależności od upodobań poczuć się jak łowca lub przerażona ofiara. Halford śpiewając wciela się w rolę legendarnego zabójcy i teatralnie, przekonująco jednakże, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że także z zauważalnym przymrużeniem oka, melorecytuje słowa, które w luźnym tłumaczeniu brzmią tak :
„Uśmiecham się gdy podkradam się
przez cienie pod ścianą
śmieję się gdy skradam się
ale nie usłyszysz mnie wcale

Wszyscy słyszą moje ostrzeżenie
Nigdy się nie odwracaj
w stronę rozpruwacza”
I dalej słowa Kuby płyną mniej więcej w tej samej konwencji. W każdym razie nie zazdroszczę jego ofiarom.. Bardzo podobają mi się wysokie i tnące jak żyletka partie gitarowe K.K. Downinga i Glenna Tiptona, dzięki którym utwór nabiera od samego początku wyrazu i smaku. Muzyka brzmi tu selektywnie, a całość jest bardzo chwytliwa. Co można więcej napisać? Utwór zrobiony z niesamowitym feelingiem i wyczuciem, a jego klimat jest niepowtarzalny. „The Ripper” podobnie jak jego poprzednik na płycie do dziś z lubością grany przez zespół na koncertach.
O ile „Victim of Changes” i “The Ripper” przez wiele lat stanowiły żelazny repertuar koncertowy grupy i do dziś cieszą się ogromnym uznaniem fanów, o tyle „Dreamer Deceiver” został chyba przez wielu zapomniany. Jakże niesłusznie ! Drugiego takiego utworu bowiem próżno szukać w repertuarze Judas Priest. Klimat dostarczony przez zespół w tej hmm.. balladzie (?) przywodzi na myśl psychodeliczne, progresywne utwory z przełomu lat 60 i 70 w stylu chociażby „Epitaph” King Crimson. Zresztą o samym utworze i jego nastroju wiele mówią jego pierwsze wersy, które po przetłumaczeniu wyglądałyby mniej więcej tak :
„Stojąc przy moim oknie, oddychając letnią bryzą
Zobaczyłem pływającą postać, poniżej drzewa wierzby
Zapytała nas, czy byliśmy szczęśliwi, powiedzieliśmy, że nie wiemy
Wzięła nas za ręce i poszliśmy w górę”
No cóż, co bardziej dociekliwi mogliby chcieć znać adres dostawcy chłopaków… Przyznam, że ja w tym przepięknie zaśpiewanym utworze słyszę zarówno marzenia, tęsknotę jak i smutek. Halford w sposób niepowtarzalny operuje swoim głosem i swobodnie przechodzi od lirycznego, spokojnego śpiewu do wysokich, czystych, pełnych szaleństwa krzyków. Niesłychane wrażenie robi na mnie piękne, „płaczące” gitarowe solo w stylu Richiego Blackmoore’a z Deep Purple w drugiej fazie utworu.
„Dreamer Deceiver” gładko przechodzi w „Deceiver” bardzo szybki, zgrabny i krótki numer stanowiący poniekąd drugą część poprzednika. Obydwa utwory spina jako całość w klamrę, akustyczne ładne, spokojne i outro.
Z „Prelude” jest ten mały problem, że na płycie CD jest umieszczony trochę ni w pięć ni w dziewięć, w połowie płyty. Na czarnej płycie ta kompozycja, jak sama jej nazwa wskazuje, płycie otwiera stronę B i biorąc pod uwagę jej charakter, ma to zdecydowanie większy sens. Prawdopodobnie jednak, pierwotnie „Prelude” miało w założeniu otwierać całą płytę, kolejność utworów wynika z…pomyłki wytwórni, która zamieniła stronę A ze stroną B ! No cóż, zostawmy jednak te dywagacje i zajmijmy się samym utworem. „Prelude” z samego założenia miało, jako intro, wprowadzić słuchacza w nastrój i klimat płyty i nie da się ukryć, że zrobiłoby to doskonale, gdyby tylko dano mu na to szansę.. Mamy bowiem doczynienia z podniosłym, patetycznym fragmentem fortepianowym przyozdobiony subtelną partią gitarową, który śmiało mógłby stanowić wstęp do którejś z art rockowych płyt wydanych na przełomie lat 60 i 70. Jest mrocznie, epicko, a zarazem podniośle. Utwór urywa się nagle…tylko po to abyśmy mogli od razu zostać zaatakowani znakomitym, szybkim „Tyrantem”. To kolejny z utworów, dzięki którym ta płyta jest pamiętana i ceniona przez fanów grupy. Właściwie ciężko jest opisać zalety tego utworu jeśli się go nie słyszało. Powiem tyle, że ten utwór uderza niebywałą energią, radością gry i pędem do przodu, co wcale nie musi oznaczać, że jest banalnie czy przewidywalnie. Wręcz przeciwnie. Kooperacja duetu gitarzystów do dziś musi tu budzić uznanie. Cały czas sporo się dzieje, a już solówka gitarowa w drugiej części kompozycji jest jedną z najbardziej melodyjnych i porywających jakie słyszałem. Nie ma tu jednakże nic z pseudo wirtuozerii, całość uzyskana jest bardzo prostymi środkami.
O ile „Tyrant” nie jest łatwy do opisania, to prawdę powiedziawszy kolejny „Genocide” jest trzy razy trudniejsze.. Bardzo pokręcony utwór, pełen smaczków. Niełatwa w odbiorze kompozycja, którą należałoby wiele razy przesłuchać aby podjąć się właściwej oceny. Można śmiało napisać, że jest to typowe Judas Priest lat 70 wymykające się schematom, wymagające wsłuchania się i zyskujące z każdym kolejnym odsłuchem. Bardzo dobry utwór, choć na pewno nie poleciłbym go osobom, które dopiero poznają zespół.
Następny „Epitaph” raczy nas kompletnie odmiennym klimatem od poprzednika. Mamy doczynienia z kolejnym po „Dreamer Deceiver” utworem w konwencji w zasadzie nie spotykanej nie tylko na następnych albumach zespołu ale również w samym metalu. Halford śpiewa nisko i subtelnie w akompaniamencie samego fortepianu w sposób podniosły i przejmujący. Śpiewa o starości i bólu związanym z przemijaniem. Brzmi trochę jak Freddie Mercury, który co rusz bardzo umiejętnie potrafił bawić się różnymi konwencjami muzycznymi. To tego typu utwór, który spokojnie mógłby zachwycać nawet kilka dekad wcześniej. Zawsze lubiłem to w Judas Priest, że potrafili się odnajdować w przeróżnych konwencjach i gdyby tylko chcieli mogliby grać niemalże wszystko. Zawsze podobało mi się to kiedy zespoły zamiast trzymać się ciasno ram gatunku, starały się je poszerzać przełamując schemat.
I w ten sposób dochodzimy do zamykającego album „Island of Domination”, niewątpliwie bardzo udanego utworu, choć może najbardziej konwencjonalnego i przynajmniej dla mnie najmniej wyróżniającego spośród pozostałych kompozycji się na tym krążku. Tak sobie myślę, że może siła tego albumu tkwi w tym, że nawet na najmniej wyróżniającym kawałku (trochę zbliżonym do klimatu „Genocide”) dzieje się wcale niemało.
Dobrnęliśmy zatem do końca. Judas Priest z lat 70 (a przecież „Sad Wings of Destiny” stanowi swego rodzaju opus magnum tego okresu w muzyce zespołu) zawsze będzie miało we mnie oddanego fana ponieważ był to zdecydowanie najciekawszy, najbardziej twórczy okres w historii zespołu. Zespołu, który nie miał jeszcze tylu fanów aby stać się ich niewolnikiem. Zespołu, który w tym okresie, jak w żadnym innym był wolny i pełen pomysłów. Zespołu, który w gruncie rzeczy nie miał żadnych ograniczeń i był w stanie odtworzyć to, co naprawdę w duszy mu grało… Może było tak dlatego, że lata 70 były w tej muzyce okresem kiedy to jeszcze zespoły kształtowały ramy gatunku, a nie tak jak dziś, kiedy ustalone już ramy gatunku (jakim jest heavy metal) w pewien sposób wskazują jak wyglądać ma muzyka i na co zespół może sobie pozwolić, a na co już nie…

_________________
Do you realize?!
Do you realize?!
This world is totally Fugazi!


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 21 sie 2013, o 18:57 
Offline
Green Manalishi
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 5 cze 2011, o 00:55
Posty: 356
Naprawdę bardzo ciekawa recenzja. Trzeba będzie sobie odświeżyć tę płytę.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 paź 2014, o 14:07 
Offline
Green Manalishi

Dołączył(a): 1 wrz 2014, o 14:33
Posty: 268
Jestem ciekaw jakby Tyrant brzmiał w latach 80, z brzmieniem powiedzmy ala Screaming for Vengeance, myślę, że ten utwór i The Ripper swoją motoryką i energią są najbliższe klasycznemu heavy. Kiedyś zdecydowanie nr.1 u mnie był Victim of Changes, teraz jednak lista faworytów jest dłuższa, bo są te dwa utwory wyżej wymienione, oczywiście Dreamer Deceiver, ale i nie ustępujący mu nic a nic Deceiver no i bardzo fajne Genocide i Island of Domination. Zdecydowanie najrówniejszy album Judas Priest. To nie lata 80 więc nie ma jeszcze komercyjnych hitów, ale też nie ma tego co mnie trochę wkurza na wielu albumach z lat 70, nudnych ballad, improwizacji, jakichś bluesowo-hippisowskich smętów. Jest energicznie, ostro, z polotem, taki był hard-rock drugiej połowy lat 70!


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 paź 2014, o 14:21 
Offline
Dreamer Deceiver
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 kwi 2009, o 12:39
Posty: 1643
nomadosławw napisał(a):
Jestem ciekaw jakby Tyrant brzmiał w latach 80, z brzmieniem powiedzmy ala Screaming for Vengeance,


Live Insurection?

_________________
BadTaste napisał(a):
Świat się skończy, ale pierdolony spodenki w moro ściągnie tylko do srania. Klasa ! Lubię takie fundamenty muzykowania, AC/DC łowi ryby czy gra koncert w koszulkach polo. Ł.Y.D.K.A umrze w gatkach moro !

Petersen napisał(a):
Jedzie... chuj po torpedzie...


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 paź 2014, o 14:29 
Offline
Green Manalishi

Dołączył(a): 1 wrz 2014, o 14:33
Posty: 268
W wykonaniu Judas Priest ;), a ta wersja nie bardzo mi się podoba, taka typowo metalowa, nowoczesna strasznie. Ten skład Roba tworzył świetne heavy-metalowe kawałki na Ressurection ale jednak odtwarzanie utworów Judas Priest to misja niewykonalna. Chociaż niektóre partie wokalne Roba mi się podobają.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 paź 2015, o 14:52 
Offline
Evening Star

Dołączył(a): 25 sie 2015, o 23:25
Posty: 96
Czołem!
Czytam od was dłuższego czasu, ale dopiero teraz dzięki pomocy admina udało mi się zarejestrować (były problem technicznie), za co jeszcze raz serdecznie dziękuję.
Zacznijmy właśnie może od Purpli. Oczywistym dla mnie jest, że to Purple wywarły największy wpływ na klasyczny heavy metal, w tym Judaszów. Choćby w tej wczesnej wersji Victim od Changes https://www.youtube.com/watch?v=F2-VfA_Eivk pianie Halforda na początku przypomina Gillana. Warto zwrócić uwagę też, że gitarowe harmonie na samym początku mogly się stać się później inspiracją dla Iron Maiden. Zresztą wczesny styl ubioru Roba i spółki typu dzwony i kapeluszu też przypominał Deepów jak nic. W latach 70-tych Sabbathami inspirowały się podziemne amerykańskie grupy grające wczesny doom, a w okresie NWOBHM nieliczne kawałki nawiązywały do gitarowej roboty Iommiego (np. Am i Evil Diamond Head). Taka Metallica wyraźne, niskie sabatowe riffy wprowadziły dopiero na 2. płycie (pierwsza to NWOBHM plus punk) - dopiero wtedy zabrzmiała naprawdę brutalnie. Możecie mnie zjeść, ale Painkillera uważam za album inspirowany również thrashem i stąd tam ciężkie riffy w styli Tonego I. (np. w Metal Meltdown). Natomiast na Screamingu i Defendersach było trochę zagrywek gitarowych brzmiących jak połączenie brzmienia organów i gitary w stylu Purple czy EL&P, u Iron Maiden też można to odnaleźć. Priest jednak często brali inspiracje na bieżąco i umieli się dostosowywać do rynku (nikt nie powie, że Rapid Fire nie słychać Motorhead).
Żeby nie było, Purple mnie drażnią. Uważam ich za hipisowską kapelę jedną nogą stojącą w latach 60-tych, nawiązującą mocno do progresywnego rocka dla ówczesnych studentów uczelni artystycznych. Mają trochę hard rockowych killerów, ale tyle samo rozwlekłych utworów oraz boogie z lat 60-tych w stylu Strange Kind of Woman. Sabbath czy Judas to były jednak kapele robotnicze, uznawane wręcz "chuligańskie", a przynajmniej do czasu coming outa Roba Priest byli kowerowani przez kapele rasistowskich skinheadów. Gdy Zeppy i Purple byli uznawani za dojrzałe zespoły rockowe, to Sabbaci mieli stasus podobny do punk rocka - uchodzili za prymitywną kapelę, która nie potrafi grać.
Wracając do samych "Smutnych skrzydeł przeznaczenia", to uważam ten album może nie za jakoś mega oryginalny, ale naprawdę udany, wręcz genialny. Słychać inspiracje Black Sabbath, ale bez obniżonego kroju gitar, Zeppami, Purplami, kapelami progresywnymi i panem Mercury.
P.S. Mając na myśli purpurowe inspiracje, wliczałem w to Rainbow, bo to jednak odnoga Deepów, mająca z nimi cechy wspólne: używanie klawiszy i "epicki" styl śpiewania. Jak dla mnie w Iron Maiden to chyba więcej jest nawet Rainbow od Deepów, ale w każdym razie słychać że Black Sabbath nie byli ich ważną inspiracją. Judaszy też Harris i spółka nie wymieniali wysoko, ale jednak przyznawali się do inspirowania nimi.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 paź 2015, o 22:02 
Offline
Heart Of A Lion
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 30 kwi 2011, o 21:27
Posty: 1092
Lokalizacja: Łódź
Ponad 4 lata na forum, a ja o jednej z moich ulubionych płyt Judasów nic nie napisałem.

Płyta od pierwszego jej słuchania jest w mojej czołówce. Traktuję ją jako jako pełnoprawny debiut zespołu (nie ujmując nic "Rocka Rolli" która ma świetne momenty), inspiracje są słyszalne, ale, moim zdaniem, stanowią punkt wyjścia do znakomitej hardrockowej (jeszcze nie heavymetalowej) jazdy która jest podawana w "Tyrant", "Island of Domination" i "Deceiver", progresywnego grania opartego na riffie który, przynajmniej mi, kojarzy się z bluesem i zwrotkami przywodzącymi na myśl Zeppelinowe "Black Dog" w "Victim of Changes", ładnego, balladowego grania w "Dreamer Deceiver" które w kulminacyjnym momencie przechodzi we wspomniany wcześniej "Deceiver", ostryego jak brzytwa "The Ripper" czy ponurego tekstowo "Genocide" które na koncertach było punktem wyjścia dla improwizowanego sola Tiptona. A w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na dwa utwory oparte na fortepianie "Prelude" i Queenowy "Epitaph".

Mimo pewnej różnorodności tego repertuaru, wszystko do siebie pasuje i pierwszy krok w tworzeniu nowego stylu w wykonaniu Judas Priest został dokonany na tej płycie.

_________________
oooooo...


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 mar 2016, o 19:51 
Offline
Dissident Aggressor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2 mar 2005, o 17:30
Posty: 3068
Lokalizacja: Poznań


KK mowi o SWOD z okazji 40-lecia jego wydania :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 mar 2016, o 22:12 
Offline
Evening Star

Dołączył(a): 25 sie 2015, o 23:25
Posty: 96
Ktoś wie dlaczego intro w "Victim of Changes" na płycie zostało ucięte i w pełnej wersji było zaprezentowane jedynie na koncertach?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 25 mar 2016, o 01:15 
Offline
Heart Of A Lion
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 30 kwi 2011, o 21:27
Posty: 1092
Lokalizacja: Łódź
Wydaje mi się że to dla efektu, rozpoczyna płytę (a w zamierzeniu miał rozpoczynać stronę B) więc sensownym wydaje się taki zabieg.

_________________
oooooo...


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]

Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 333 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL